RELACJA Z MARSZU 26.01.2014r

Powered by:
MCAT.JPG
[/center]

Cudowny niedzielny poranek… ciepłe łóżko, magnetyczna poduszka, wszystko mogłoby być takie piękne i łatwe. Jednak przyczyną przyciągającej poduszki było przygotowywanie do późnych godzin nocnych szpeju i odzienia znoszącego temperaturę około 20 stopni poniżej zera. Plus był tylko jeden, rano mimo niechęci do wstawania, wszystko było już przygotowane. Były też minusy: jedyną rzeczą jaka nie została przetestowana zeszłego dnia był termos. Oczywiście przy piciu porannej kawy i sporządzaniu naparu do termosu, okazało się że zakrętka przecieka… Jedno spojrzenie przez okno i już wiedziałem że jestem spóźniony, jako że Michał czekał już w aucie pod moim domem. Szybka wymiana zakrętki w termosie i już zbiegam z czwartego po schodach…

Pierwszy kontakt z powietrzem i nadchodzi myśl „Eee tam nie jest tak zimno”. Pakuję graty i ruszamy. W rozmowie nawiązujemy że nie jest tak zimno, jednak po dłuższej chwili dochodzimy do wniosku, że pokonaliśmy zaledwie kilkunastometrowe odcinki z domu do samochodu. Podjeżdżamy po Fate… czekamy… czekamy… Pojawia się. Krótka rozprawa na temat czemu nie ma spodni w MTP. Z przerażeniem przyglądam się moim tropikalnym spodniom. Jedziemy, szybki pit stop na uzupełnienie w pośpiechu zapomnianego przeze mnie prowiantu i wjeżdżamy do Puszczy.
Jak zwykle kiedy przyjeżdżamy wszyscy są już na miejscu. Stała wymówka „Herbata musiała się zaparzyć” i stajemy na zbiórce. Łukasz pokrótce objaśnia na czym będzie polegać nasza wyprawa, pokazuję znaki jakich będziemy używać. Ogólnie wszystko bardzo fajnie, ale w tym czasie między nami (Mivak, Fate i ja) trwa przyciszona dyskusja kto ma powiedzieć piętnastu kolesiom stojącym na mrozie, że Gumiś i Herod są jeszcze w drodze. Na szczęście wszystko jakoś się przeciąga, a tu nagle zza zakrętu wyłania się brawurowo prowadzany Passat. Chłopaki wyskakują, Herod niczym gwiazda rocka w przyciemnianych okularkach :sunglasses: . Kolejna chwila rozluźnienia, po czym Łukasz powtarza jeszcze raz w skrócie o co chodzi. Ruszamy…

Pierwsze minuty są dla mnie katorgą, przyznam to szczerze. Pustynne buty i letnie trekingowe skarpety dają w kość. Idę przypominając sobie swoje motto „Jestem twardym sku…, jestem twardym sku….”. Z kroku na krok jest coraz lepiej, mięśnie pracują, ciepła krew napływa do kończyn. Schodzimy na wschód, na bezdroża i tu ku mojej radości zaczyna być przyjemnie. Las daję mi odetchnąć, a odczuwalna temperatura wyraźnie się zwiększa, albo ja już się tak rozgrzałem, sam nie wiem.

Pierwszy postój, obrona okrężna, klękam na jedno kolano, przeraźliwe zimno. O pomoc zwracam się do Gumisia, pożycza mi jeden nakolannik (Dzięki). Łukasz pokazuję mi jak korzystać z mapy i obsługiwać kompas. Karolina wyznacza nam trasę i ruszamy. W drodze, starając się obserwować otoczenie, przetrawiam podstawy nawigacji.
Trochę drogi już za nami. Natrafią się pierwszy kontakt z lewej strony. Zbiegamy z górki zwijając się w stronę naszego celu. Część z nas po raz pierwszy bierze udział w takiej zabawie (w tym i ja). Nie ma tu rutyn, jest chaos. Część grupy trafia na staw… na szczęści zamarznięty. Cały incydent kończy się niegroźnym upadkiem. Omawiamy błędy i ruszamy dalej. Forsujemy górkę, kolejny przystanek, mała przerwa na kawkę, kanapkę, papierosa. Mimo siarczystego mrozu pasuję świetna atmosfera, luźne gatki, ostre żarty…

Zbieramy się do kupy, Bros ma teraz prowadzić. Ja na szpicy… asekuracyjnie, na dalszy cel podróży wybieram punktu niezbyt oddalony od naszej obecnej pozycji. Po konsultacji z Łukaszem przesuwamy nasz punkt praktycznie na drugi koniec mapy. Ruszamy… Gumiś i ja na szpicy, Mivak i Fate za nami, MCAT zamyka nasz pochód. Z Gumisiem dociskamy trochę gazu, szybko schodząc z rozpędu mijamy kolejne mniejsze już wzgórze. Kolejny zejście przed nami, przecinamy drogę i znowu kontakt. Tu już wyglądałoby to lepiej, gdyby nie górka, a raczej pieprzona góra. Jakoś udaję nam się wejść na tą pieprzoną górę. Przerwa… niska temperatura i strome, śliskie podejścia dają się we znaki. Jednak mimo to wszyscy trzymają się dzielnie. Ja zbieram reprymendy, kolejno od Fatea i Łukasza, że za bardzo gnamy do przodu. Staram się wyciągnąć wnioski, tymczasem Mivak i Gumiś odłączają się od grupy.
Zbieramy się, staram się utrzymać dogodne tempo. Mijamy strumyk, drogę, krajobrazy są przepiękne. Powoli zbliżamy się do wyznaczonego punktu, w sumie całkiem nieźle idzie. Fate nadzoruję i koryguję moje wytyczne za pomocą GPSu. Prawie jesteśmy na miejscu kiedy wpadamy w zasadzkę przygotowaną prze wcześniej odłączonych chłopaków. Zrywanie kontaktu ogniowego na płaskim terenie wychodzi znacznie lepiej. Można nawet powiedzieć że w porównaniu do dwóch poprzednich prób sukcesem.

Hmm… droga powrotna zaoferowała nam jeszcze więcej pięknych widoków. Natrafiliśmy na dziki. Obyło się bez kontaktów i nie będę już więcej opisywał bo pewnie nie chcę Wam się tego czytać…
Na koniec było obiecane ognisko, cola z lodem z coli i było całkiem nieźle. Oczywiście Fate z Herodem zabili klimat swoimi wywodami o historii i polityce. Żadnych tematów pedo, nekro, dendro, cokolwiekflilii :smiley:

Chciałem podziękować grupie MCAT za organizację i zaproszenie, oraz wszystkim zebranym za hart ducha i zawziętość.

Ps. Będą też zdjęcia i film :sunglasses:

Żałuję, że nie mogłem być :frowning:
Do następnego razu :sunglasses:

Tyle ode mnie:D

Bardzo fajne wyjście, miła atmosfera, było git majonez!

Passat - nie Pasat, kobieta moja sie oburzyła…

Foto relacja:
https://plus.google.com/photos/100168299894731292585/albums/5973900694235375969/5973906208570737186?pid=5973906208570737186&oid=100168299894731292585

AAR 26.01.'14r.: “Team jest tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo. A co jeśli to ty jesteś tym ogniwem?
Niedzielny poranek to nie jest to, co powinno zaczynać się o 7 rano. Niedziela powinna zaczynać się około 13, obiadem i ciepłą herbatą.
Wyrwana ze snu upierdliwym budzikiem przewróciłam się na drugi bok. Może jednak zostanę w domu? Nie, to byłoby za proste. Szybko opuściłam ciepłe łóżko, żeby przypadkiem się nie rozmyślić. Teraz tylko obudzić Chudego. Widząc opatulonego puchową kołderką brata małe, marinesowe serduszko zabiło szybciej. „Wstawaj żołnierzu!” „Nie.”
Nie takiej odpowiedzi można było się spodziewać po tym, który zawsze do treningów był pierwszy. Ale z drugiej strony wiedział pewnie, czego możemy się spodziewać. Ja niby również wiedziałam, wyszłam jednak z założenia, że im mniej o tym myślę, tym lepiej dla mnie. „Nie to nie.” Wyszłam z pokoju ze wzruszeniem ramion. I tak się ruszy.
Stojąc przed szafą i zastanawiając się, co na siebie założyć żeby nie zmarznąć, ale jednocześnie się nie ugotować podczas marszu, słyszałam jak Chudy walczy ze sobą i wychodzi z łóżka. Jeden problem mniej.
Kawa, śniadanie i szybkie wyjście na autobus. Chwila, chwila. Czy mi się przypadkiem dziś nie śniło, że zostawiłam gdzieś swój karabin i brata? Myślami ogarnęłam, szpej i to co gdzie mam. Niby wszystko jest. Dojechaliśmy do umówionego miejsca, gdzie mieliśmy poczekać na Piotrka.
Zimne powietrze nie wydawało mi się aż takie zimne. Przynajmniej przez pierwsze minuty. Później zaczęło być dokuczliwie zimne. Wiedziałam jednak, że podczas marszu będzie idealnie zimne. Dwie pary skarpet, wełniane rajstopy (fuck yeah! Bycie dziewczyną wcale nie musi być takie złe), lekkie spodnie, bawełniana podkoszulka, koszulka termoaktywna, kurtka, dwie pary rękawiczek i czapka. Cóż, gdybym założyła coś jeszcze przestałoby być miło.
Na parkingu czekało już kilku chłopaków, Łukasz był w drodze, więc długo marznąć nie będę. Taką miałam nadzieję. Było odrobinę inaczej niż się spodziewałam, ale wiedziałam, że marudzenie mi nie pomoże.
Wytłumaczone zostały znaki, których będziemy używać, ustalone pozycje, na których będziemy szli. „Nie puść mnie jako pointa, nie puść mnie jako pointa…”. Karolina point. „Nosz… Czemu zawsze ja?! Może jeszcze mi każ wyznaczać sobie pozycję…”.
W marszu zimno nie dokucza już wcale, a z kroku na krok jest coraz lepiej. Z drogi schodzimy jak zwykle, na wschód, w las. Przez pewien odcinek chcę iść na pamięć, od czasu do czasu sprawdzając jedynie azymut, żeby nie zejść za bardzo z wyznaczonej trasy. Po pewnym czasie okazuje się, że to wcale nie był najlepszy pomysł. Chłód może nie dokucza mi fizycznie, ale zdecydowanie obniża moją zdolność koncentracji i podejmowania racjonalnych decyzji.
Do pierwszej okrężnej jakoś dawałam radę. Mam określić naszą pozycję. „Hej, ja znam tę górkę, byliśmy tu ostatnio! Tylko podeszliśmy pod nią mniej chu…”. Jesteśmy tu i tu. Dobrze. Powiedz Tomkowi skąd wiesz. „Łot? Ja wiem i tyle. Tłumaczenie czegoś innym, to coś, co wychodzi mi jeszcze gorzej niż bieganie!”… Kompas oszukiwał, więc znów muszę iść na pamięć. W dodatku zamarzła mi woda w camelbaku. Nie fajnie.
Liczenie parokroków w ogóle mi nie szło. Przy pierwszej pięćdziesiątce zaczęłam się gubić, przez co zrezygnowałam z obliczania odległości w ten sposób. Robienie tego na oko również specjalnie dobrze mi nie wychodzi, więc już wiedziałam, że jeśli przyjdzie co do czego, to jestem w czarnej dupie.
Druga okrężna. Przeszliśmy około sto pięćdziesiąt, czy dwieście metrów na azymut około 80, według kompasu, któremu nie wiem czy mogę ufać w stu procentach, jesteśmy… „Gdzie my kurczę jesteśmy, czy możecie się na chwilę zamknąć albo pierdolić o głupotach kawałek dalej?”. Forest mówi, że mamy iść na wschód. Mogę albo mu zaufać w ciemno, albo pójść to sprawdzić. Łukasz mówi, że mam odejść i sama to ustalić. „Dzięki ci!”. Trochę na logikę, trochę na umiejętności udało mi się potwierdzić przypuszczenia Foresta, wprowadzając niezbędne poprawki. Lepiej. Możemy ruszać dalej.
Paręnaście kroków dalej był mój point. Znaczy mój, ale jak się okazało później źle zaznaczony na mapie. KONTAKT LEWO! „Co ja wam zrobiłam?! Ostatnio biegałam w tygodniu, jak nie było takich mrozów, jak teraz zrobicie mi kontakt to przestanie być miły spacerek.”. Zrywanie kontaktu okazało się małym chaosem. W dodatku nie czułam się po nim najlepiej. To chyba nie był mój dzień. Wdech, wydech, wdech. Od razu lepiej, ale już wiedziałam, że Łukasz nie da mi spokoju do końca. Wejście na górę było trochę upierdliwe, ale dałam radę. Zebrałam jednak niemały opierdziel.
Zmiana w ustawieniu, teraz B.R.o.S miał prowadzić, MCAT zamykać. Zeszliśmy z górki, minęliśmy kilka mniejszych wzniesień. Małe zamieszanie ze znakami spowodował, że cały tył się sypnął. To nie było zabawne.
Przed nami stała górka. Mała, nieszkodliwa, o prawie pionowym zboczu. U jej stóp ciągnęła się droga. „Dobra, przejdziemy drogą próbując ją obejść. Ewentualnie jeśli to nasz point to poszukamy łagodniejszego zbocza, nie będzie tak źle.”. KONTAKT! „Pieprzcie się!”. Byłoby lepiej, gdybym gdzieś po drodze nie zgubiła płuc. Na szczycie nie bardzo wiedziałam co się dookoła mnie działo. Mechanicznie wypełniałam polecenia, starając się jednocześnie zachować równowagę. Chwilę później stałam w kamizelce bez balistyki. Całym tym ciężarem podzielili się chłopaki z teamu. Nie wiem jak ja im się za to odwdzięczę.
Zrywanie trzeciego, ostatniego kontaktu przeprowadzone na bardziej płaskim terenie zakończyło się jako takim sukcesem.
Resztę drogi pokonałam bardziej z przymusu niż chęci powrotu do domu, skupiając się raczej na tym gdzie stawiam nogi, niż na tym w którą stronę idziemy.
Z ogniska pamiętam tylko jakieś strzępki wywodów historyczno-politycznych.
Zmęczyliście mnie i za to chciałabym podziękować wszystkim obecnym na treningu.”

OORAH! ~Karolina


Wrzucamy jeszcze relację Karoliny.

Może ktoś jeszcze opisze swoje odczucia z tego dnia :smiley:

dobra robota :slight_smile:))